RETRO: Odgrzewamy starego kotleta, czyli Dracula: Origins - recenzja gry


Mikrofalówka, patelnia, garnek - co je łączy? 




A no właśnie - podgrzewają lub odgrzewają różne dania. Dziś więc uruchamiam recenzencką kuchenkę i lekko odświeżam grę z 2008 roku pt. Dracula: Origin, która pod koniec 2019 roku ukazała się na jednej z platform gamingowych w dziale "nowości". 


W pierwszym momencie pomyślałam, że trochę to niezdrowe, by po takim czasie odświeżać starego kotleta. Przecież nie będzie smakował ani wyglądał tak dobrze jak kiedyś. I to jest prawda. Gra mocno odstaje od obecnie popularnych horrorów jak Resident Evil czy Blair Witch nie tylko pod względem kwadratowej grafiki, ale też lukach w fabule. 

Gra rozpoczyna się krótkim filmem, w którym główny bohater gry - van Helsing wprowadza nas w historię  niejakiego Vlada Draculi oraz swoje badania na temat krwiopijcy. Okazuje się, że jego uczeń, którego ukochaną – Miną - profesor obecnie się opiekuje, wyjechał do zamku Draculi, by poznać jego sekrety, lecz najpewniej nie przeżył wyprawy. Kobieta zaś jest w niebezpieczeństwie, gdyż Vlad upatrzył ją sobie jako nową wybrankę, która pomoże mu przejąć władzę nad światem. Van Helsing wyrusza więc w pogoń za wampirem, jego sekretami i porwaną dziewczyną. 



Wampir = horror? 


Horror. Z definicji produkcja cechująca się wyzwalaniem w odbiorcy uczucia przerażenia lub strachu. Dracula: Origin miał właśnie być przedstawicielem tego gatunku, a jednak nie spotkałam się tu z niczym strasznym. Może poza wejściem jednego mnicha i widokiem pana na powyższym screenie. Rozumiem jednak, że osoba odpowiedzialna za klasyfikację uznała występowanie w grze wampirów za coś, co może się wiązać tylko z horrorem. 

W zamian jednak dostajemy typową przygodówkę point & click z mnóstwem zagadek. Nie do końca logicznych w niektórych przypadkach. Kilka razy musiałam zajrzeć do solucji i próbowałam zrozumieć, na czym polega rozwiązanie łamigłówki. Przyznaję, że wiele zagadek było dość prostych lub ich mechanika okazywała się łatwa do odkrycia, jednak równie wiele było abstrakcyjnych. Rozwiązanie polegało albo na metodzie prób i błędów, albo na szczęśliwym przypadku, albo na pomocy w postaci przeczytania solucji. Sami oceńcie, czy lubicie takie zagadki. Ja zdecydowanie wolę użyć własnego mózgu aniżeli gotowych solucji lub podpowiedzi. 

Potencjał był duży, ale...


Fabuła to kolejne pole, na którym się zawiodłam. Rozgrywka składa się z czterech etapów. Pierwszy w siedzibie van Helsinga, drugi w Austrii, trzeci w Egipcie i czwarty w samej Transylwanii. Każdy jest krótki – zajmuje maksymalnie dwie godziny, więc cała rozgrywka zamyka się w około ośmiu (do dziesięciu), jeśli główkujemy nieco dłużej nad zagadkami albo nasza spostrzegawczość nie domaga (jak czasem moja). Tak, trzeba szukać – rzeczy albo jakichś konkretnych mechanik, bez których nie przejdziemy dalej. W sumie jedna z pierwszych łamigłówek opiera się właśnie na odkryciu sposobu, by coś zaznaczyć. Jeśli nam się to nie uda, przy próbie opuszczenia mieszkania van Helsing będzie w kółko powtarzał, że jeszcze nie wszystko tutaj załatwił. To z jednej strony plus – nie wyjdziemy z lokacji, póki nie zrobimy wszystkiego, co jest potrzebne w dalszych etapach. Z drugiej strony – wracamy do logiczności mechaniki zagadek w grze. Nie zawsze są one tak oczywiste, a  profesor nie podpowiada, czy idziemy dobrym tropem w ich rozwiązywaniu. 




Za krótko i zbyt chaotycznie


Film, którym rozpoczyna się gra, to tylko jeden z kilku przerywników filmowych. Kolejne pojawiają się pomiędzy rozdziałami i opisują postępy w badaniach van Helsinga, stanie Miny lub podróżach, w których uczestniczymy w celu odkrycia kryjówki Draculi. O ile doceniam je jako miły element rozszerzający nieco fabułę, o tyle podkreślają jednak fakt, że gra jest krótka, kolejne etapy przechodzi się niemal w mgnieniu oka, a historia ma jeszcze wiele niewykorzystanego potencjału. 

Sterowanie jest typowe dla produkcji point & click. Ustawiamy kursor w danym miejscu, klikamy i postać przechodzi we wskazany punkt lub bierze daną rzecz do ekwipunku. W odpowiednim oknie możemy dokładniej przeglądać znalezione elementy, czytać dokumenty, jak i przypominać sobie dokładniej dialogi z postaciami dzięki transkrypcjom każdego z nich. W ten sposób wiele podpowiedzi do zagadek mamy ciągle „pod ręką”. 

Dracula: Origin to dopiero pierwsza część z serii gier o Vladzie, więc twórcy wciąż mają duże pole do popisu, niemniej nie żywię dużych oczekiwań. Zapewne kiedyś ponownie sięgnę po przygody van Helsinga, szczególnie że zakończenie pozostaje otwarte i daje wiele nowych możliwości. Tylko czy tym razem zostaną one wykorzystane? 

Autor: Natalia "Taliya" Pych

Tekst ukazał się również na portalu Popbookownik. Treść została częściowo zmieniona.

Brak komentarzy