Dobry, zły, rozdarty. Red Dead Redemption 2 - recenzja gry

Każdy z nas choć przez chwilę marzył o zostaniu kowbojem, prawda?


Gdy po otarciu ostatniej łzy, po ukończeniu pierwszej części Red Dead Redemption, usłyszałam, że protagonistą drugiej ma być ktoś inny niż John Marston byłam bliska wysłania listu protestacyjnego do Rockstara. Nie wyobrażałam sobie, jak mogą porzucić postać tak barwną i interesującą na rzecz innej, co do której byłam pewna, że nie będzie w stanie podbić mojego serca w tym samym stopniu. 


Myliłam się, myliłam się ogromnie i jestem za to dozgonnie wdzięczna deweloperowi. Bo umożliwił mi poznanie historii człowieka, który na zawsze przejdzie do kanonu najniezwyklejszych, najbardziej ludzkich i podziwianych bohaterów gier wideo. 

~ * ~



Kiedy budzę się w swoim namiocie obozowym, jako pierwsze rzucają mi się w oczy zdjęcia. Jest ich raptem kilka, są podniszczone i czarno-białe, ale każde z nich wspomina cząstkę historii. Historii Arthura Morgana, najbardziej niezwykłego z ludzi, jakich wydał na świat stopniowo poddający się już cywilizacji Dziki Zachód

Sącząc poranną kawę, wymieniam krótkie powitania z innymi mieszkańcami obozu. Niektórych witam serdecznym pozdrowieniem, innych uszczypliwą uwagą, jednak z każdym z nich coś mnie łączy, jesteśmy tu bowiem jedną rodziną. A jej głową jest złotousty książę złodziei, Robin Hood rodem z prerii Ameryki Północnej, herszt naszego gangu – Dutch van der Linde. 

W mglistym, urokliwym poranku wszyscy przygotowują się już do swoich prac, a jakie one będą i czy potrzebna będzie im moja pomoc – to się okaże. Przechadzając się nieśpiesznie i przyglądając, jak subtelne piękno światła przebijającego się przez poranny opar przemienia nasz obóz w miejsce niemal z bajki, obmyślam na dziś plan swoich obowiązków. 

Zamierzam pomóc dziewczynom w karmieniu koni. Potem trzeba będzie coś upolować, ponieważ obozowy kuchta skarży się na braki w zaopatrzeniu. I w końcu przyjdzie czas na przyjemności. 

Wiem, gdzie czeka na mnie mój kompan z beczkowozem pełnym ropy. To będzie nasze narzędzie pracy na dziś. W planach mamy obrabowanie pociągu wiozącego przez pusty step bogaczy… i nie tylko. 

Wsiadam więc na mojego konia, witając go pieszczotą i smakołykiem. Niejeden raz uratował mi życie i pomógł uciec pogoni, niestraszne mu śmigające w powietrzu kule. Razem ze mną obozował w dziczy, woził upolowaną zdobycz, uciekał przed śmiercią. Jedziemy dziś na spotkanie kolejnej przygody, jednej z wielu, jakich pełno w życiu członka jednego z ostatnich gangów Dzikiego Zachodu.

~ * ~

Tak właśnie może się zacząć dzień w Red Dead Redemption 2. Może też rozpocząć się zupełnie inaczej – przy ognisku gdzieś w górach, w saloonie jednego z niewielkich, drewnianych i zakurzonych miasteczek lub podczas powrotu z napadu. Udanego bądź nie. 




Gangster z zasadami czy brutalny bandyta?


Gra ta kreuje świat tak ogromny, bogaty i w pełni otwarty, znany nam dobrze z filmów lub książek, a jednak inny, poddający się już rozwojowi cywilizacji. Jest przełom XIX i XX wieku. Dziki Zachód daje się powoli ujarzmiać żelaznej kolei i rozwojowi przemysłu. Czas bezprawia, epoka gangów, dobiega końca. I właśnie w tym momencie poznajemy bandę Dutcha van der Linde, który zdaje się być prawdziwie szlachetnym bandytą, gangsterem z zasadami, dla którego najwyższą wartością jest wierność i oddanie. 

Wcielamy się w jego wychowanka, Arthura Morgana, będącego podporą gangu, jego pięścią i, zdawałoby się, osiłkiem od brudnej roboty. Jednak w miarę, jak wsiąkamy w nieśpiesznie rozwijającą się historię i rozwijamy nasze relacje z członkami gangu, poznajemy prawdziwą naturę bohatera. Odkrywamy barwny, brutalny, nierzadko niesprawiedliwy i surowy świat oczami Arthura, którego skrzętnie prowadzony dziennik daje nam wgląd w prawdziwe przemyślenia bohatera. Pozwala nam też odkryć jego artystyczne zdolności w postaci szkiców napotkanych osób i zwierząt. 




Ty decydujesz, jak poprowadzisz swoją rozgrywkę


Świat gry pozwala na niemal całkowitą swobodę w kierowaniu krokami naszego protagonisty. Możemy przemierzać konno przepiękne, zróżnicowane, bezkresne tereny Ameryki Północnej lub oddać się dowolnym hulankom i rabunkom podróżnych, albo też poświęcić się wypełnianiu misji. Wiele zadań można rozegrać dwojako: użyć siły lub spróbować podejścia pokojowego, co nie zawsze jest łatwe. Funkcjonuje tu znany z poprzedniej części system honoru, ściśle powiązany ze stosunkiem ludzi do nas, a nawet z cenami w sklepach. 

Powraca tu także umiejętność Zabójczej Precyzji, pomagająca w namierzaniu i efektownym faszerowaniu wrogów ołowiem. Nowością natomiast są Rdzenie, od wypełnienia których zależy czas regeneracji sił bohatera. Tak więc, aby nasz Arthur był w pełni możliwości, należy pilnować, aby jadł regularnie, a także, co jakiś czas, zażywał kąpieli. Ważne jest to nie tylko ze względu na statystyki – bez jedzenia nasz bohater chudnie w oczach i mizernieje. Istotna jest też kontrola temperatury otoczenia, aby ubierać się stosownie do pogody! 

Wszystkie te zabiegi pogłębiają rozgrywkę, pozwalają chłonąć klimat i nieśpieszne tempo gry. Każda czynność ma tutaj swoją animację. Przeszukując szafki, wysuwamy po kolei każdą szufladę. Pijąc kawę, decydujemy, kiedy wziąć łyk, prowadząc jednocześnie rozmowę z towarzyszem. Czyszcząc broń, polerujemy ją szmatką aż do połysku, a przeglądając katalog w sklepie, kartkujemy go, szukając potrzebnych nam towarów. 

Czynności te mogłyby wydawać się nużące i zbędne w innej grze, gdzie klimat nie wylewałby się tak z ekranu i nie wchłaniał gracza na wiele godzin, zajmując go choćby zwykłym podziwianiem krajobrazów podczas podróży. A krajobrazów tych jest mnóstwo, są przepiękne i zróżnicowane, zmuszają do zatrzymywania się i wpatrywania w dal. Są chwile, kiedy trudno jest opuścić tryb fotograficzny, ponieważ co krok natrafiamy na niezwykły widok, okraszony grą światła lub chmur, zmienny zgodnie z porą dnia i pogodą. 




Ciężko się nie zachwycić!


Wszystko tu jest doskonale wyważone: wchodząc w wodę, czujemy, jak ciężko jest przedzierać się bohaterowi przez nurt. Zarzucając sobie ubitą zwierzynę na ramię, lekko uginamy się pod jej ciężarem, który nieco ogranicza ruchy. Mierząc z lekkiego rewolweru, oddajemy szybko strzał za strzałem, natomiast używając strzelby tłokowej odczuwamy siłę jej odrzutu. 

Wolność w grze objawia się także w możliwości modyfikacji wielu rzeczy. Niemal każdą broń możemy ozdobić według własnego uznania, grawerując ją, zmieniając lakier drewna na kolbie czy wybierając metal, z którego ma być zrobiona lufa. Możemy kupować ubrania i stroić Arthura według własnego pomysłu. Należy także dbać o nieustannie rosnące włosy i zarost bohatera, które można pomysłowo przystrzyc u fryzjera. Wybór konia i rzędu także daje pole do popisu. Jest wiele ras, każda o innej użytkowości i statystykach oraz stosownej cenie (chyba, że zdecydujemy się takiego konia ukraść). Różnorodność siodeł i ich kolorów zaspokoi każdego, nawet najbardziej wybrednego jeźdźca. 

Przyziemna, a jednak skłaniająca do refleksji


Jednak wolność i klimat to nie wszystko. Największą zaletą tej produkcji jest historia. Unikatowa, zaskakująca, prawdziwa. Zadziwiająco przyziemna, a jednak pełna głębokich przemyśleń. Przeplatająca niesprawiedliwość i strach z iskierkami radości i śmiechu. Pogłębiająca się w miarę rozwoju, wplatająca gracza w swoje zawiłości, zmuszająca go do podejmowania ważnych decyzji w sposób niezwykle świadomy. Jest to opowieść dojrzała i skłaniająca do głębokiej refleksji, zachęcająca do rozwinięcia, pozostająca w myślach na długie tygodnie po zakończeniu. Opowiada o wartościach przecież uniwersalnych, a tak trudnych do zachowania, gdy wszystko wokół zdaje się być przeciw człowiekowi. 

Niewiele jest gier, które poruszyły mnie i zafascynowały równie mocno, co Red Dead Redemption 2. Ten świat, ta historia, wchłonęły mnie na długie godziny, przepełniły moje myśli i utwierdziły w przekonaniu, że przyszłość gier dla dojrzałego gracza, który szuka nie tylko samej rozrywki, idzie w dobrym kierunku

Polecam z całego serca każdemu - w końcu czy jest tu ktoś, kto nie marzył kiedyś o zostaniu kowbojem? 

Autor: Ogarova

Brak komentarzy