Co piszczy w Conwell Springs, czyli deszczowe Kathy Rain – recenzja gry


Zbuntowana studentka dziennikarstwa, pogrzeb niewidzianego od piętnastu lat dziadka i małe miasteczko pełne tajemniczych zdarzeń.

 

Kathy Rain wciąga od pierwszych minut i wypuszcza dopiero po rozwiązaniu wszystkich zagadek – a tych jest niemało.


Lata dziewięćdziesiąte. Era przed telefonami komórkowymi, gdzie o komputerze pomarzyć mogli nieliczni – i zwykle miały je tylko uczelnie – a o numer telefonu nie trzeba było prosić, bo można było... znaleźć go w książce telefonicznej. Dokładnie ten czas obrali sobie twórcy Kathy Rain, aby wrzucić nas w wir nieco magicznych, pokrętnych wydarzeń. Ułuda, sytuacje niemożliwe do wyjaśnienia czy fantasy? Na to musimy odpowiedzieć sobie sami, czytając między wierszami.

 


Kathy, nasza protagonistka, to charakterna fanka motocykli, heavy metalu i papierosów marki Corleys. Ma cięty język i gorące serce. O ile nie pałam jakąś szczególną sympatią do bad girls i bad boys, tak Kathy od razu przypadła mi do gustu. Wraz z postępującą akcją zyskiwała mój szacunek i gdzieniegdzie aż przyprawiała o zachwyt do świata gier dołączyła kolejna świetna kobieca bohaterka z krwi i kości.

 

Co się tyczy innych postaci - każdą z nich dałoby się opisać jednym lub dwoma zdaniami i to takimi niezbyt rozbudowanymi. Jest E., przyjaciółka Kathy grzeczna, inteligentna i ułożona; jest babcia protagonistki, która kocha wnuczkę i w nią wierzy; jest pewien tajemniczy Pan, skrywający, a jakże, jakiś sekret… i właściwie to tyle. Na tle Kathy cała reszta wydaje się bez wyrazu i gracz nie ma nawet przez chwilę wątpliwości, że są oni jedynie postaciami pobocznymi. Oczywiście nie spodziewałam się, że każdy bohater otrzyma skomplikowany, godny psychoanalizy charakter, ale czegoś mi w nich brakowało.

 


Za to nie brakowało mi zagadek, które są ostoją gry. Z początku były dosyć łatwe do rozwiązania (acz nie banalne!), jednak z czasem przemieniły się w takie, przy których trzeba naprawdę sporo pomyśleć. Przyznam się bez bicia, że w jednym momencie, po 20 minutach szukania odpowiedzi, sięgnęłam do poradnika w Internecie. I sama bym chyba nie wpadła na tę odpowiedź. Wszystko dlatego, że, będąc pierwszy raz w danej lokacji, „przeklikiwałam” wszystkie możliwe miejsca i o ile bohaterka wyraźnie nie zaznaczyła: „muszę mieć powód, żeby tego użyć”, to uznawałam obiekt za element otoczenia i do niego nie wracałam. Popełniłam wtedy ogromny błąd, bo takich ukrytych przedmiotów jest więcej i, będąc w przysłowiowej kropce, warto wrócić do znanych lokacji i jeszcze raz je przeszukać.

 

W tej chwili chciałabym zachęcić do tytułu wszystkich, którzy nie przepadają za grami point and click – bo taką produkcją jest Kathy Rain. Jeśli czujecie do nich wstręt i macie związaną z nimi traumę, to Was zdziwię. Producenci nie przedłużali sztucznie czasu rozgrywki za pomocą (jak to lubię nazywać) magicznego piksela”, który wszystko odmieni. Potrzebne przedmioty nie są grą w „znajdź pięć szczegółów wtopionych w tło”. Raczej od razu rzucą Wam się w oczy i trafią do Waszego ekwipunku lub też zostaną z miejsca wykorzystane.

 


Słyszycie teraz odgłosy domu, tramwaju, pracy? Pewnie nie zwracacie na nie uwagi. Tak samo jest na początku z muzyką w Kathy Rain. Coś tam słychać, coś brzęczy, dopasowuje się do atmosfery, ale nie ma ikry. To też ewoluuje, zmienia się, aż wreszcie w końcowych etapach dyktuje nam, jak mamy się czuć. Uważam ten zabieg za bardzo przemyślany, bo po co tworzyć klimat i wybijać z rozgrywki, kiedy nic się nie dzieje? Wraz z zaangażowaniem w historię wzrasta napięcie i myślę, że połowę tych emocji buduje właśnie muzyka.

Spolszczenie jest równie dobre, przyzwoicie skrojone do tej produkcji. Nie ma potknięć ani nieścisłości, które w grach z łamigłówkami potrafią przyprawić o ból głowy – szczególnie, kiedy mamy do czynienia z zagadkami słownymi.

 

 

Grafika i fabuła wraz z muzyką dobrze współtworzą napięcie. Ręcznie tworzone rysunki są ładne, pikselartowe i bardzo zadbane, w pełni oddają klimat lat 90. Książka telefoniczna była? Była. Telefon stacjonarny był? Był. Telewizor i monitor kineskopowy z „pudłem”? Jak najbardziej! Przez takie sentymentalne elementy trudno oddzielić klimat od grafiki: wszak w tej produkcji zszyte są ze sobą mocną złotą nicią. Nie wiem, czy zagadki i obsługa dawnych urządzeń nie sprawią problemów najmłodszym graczom, którzy nie spotkali się nigdy z dyskietką czy szukaniem numeru telefonu w książce telefonicznej, ale wierzę w nich i to, że sobie poradzą.

 

Tytuł zajmie nam dwa, góra trzy wieczory – osiem godzin, jeśli ktoś woli ten przelicznik. Historia jest liniowa, nie ma tu rozgałęzień, innych rozwiązań, ukrytych pomieszczeń, które coś by dodały, a przynajmniej ja ich nie znalazłam, choć się starałam. Niemniej warto poświęcić czas Kathy Rain, zwłaszcza jeśli ktoś chce poczuć nutę ostatniej dekady XX wieku. Fabuła jest wciągająca, wcielamy się w kobiecą wersję Sherlocka Holmesa, który po nitce do kłębka dochodzi do rozwiązań – choć nie wszystkich, co mnie niestety rozczarowało. W głowie dudnią mi trzy wątki, które się nie wyjaśniły i choć nie miały większego znaczenia dla gry, to chciałabym poznać odpowiedzi. Mimo tego zakończenie nie pozostawia nas z uczuciem pustki czy niezrozumienia.

 

 

Grę wydano 5 maja 2016 roku i po czterech latach od pojawienia się jej na rynku uważam, że nadal warto ją kupić. Clifftop Games (pod wydawcą Raw Fury) naprawdę dopracowało tytuł i spięło go w intrygującą historię. Sądzę tak nie tylko ja, ale i większość recenzentów i społeczności gamingowej. Nic dziwnego, że Kathy Rain zebrało wiele nagród, m.in. tytuł najlepszej gry podczas AGS Awards 2016. Myślę, że pozytywne opinie będą aktualne nawet w 2021, 2025 czy 2030 roku, bo tego typu grafika się nie starzeje, humor, klimat i bohaterowie także. Warto sięgnąć po ten tytuł, nawet jako swój debiut w gatunku point and click - nie tylko Was nie zirytuje, ale da dużo satysfakcji.

 

Autorka: Rithil

Brak komentarzy