Czy warto zagrać w 2020 roku? Kingdom Come: Deliverance - recenzja gry


Czy w średniowiecznej Europie nadal panuje mrok, a może jednak świeci już słońce?

Kingdom Come: Deliverance to gra pełna specyficznego uroku oraz historycznej prawdy średniowiecznych Czech. Stworzona przez czeskiego dewelopera, Warhorse Studios, zadebiutowała w 2018 roku. Była wielokrotnie chwalona za fabułę, realizm i szczegółowość, zdobyła liczne nagrody GOTY. Niestety, w chwili premiery miała wiele błędów, przez które wielu graczy po prostu odbiło się od tego tytułu.

Tak samo było w moim przypadku. Chociaż przed premierą z ogromną ciekawością śledziłam wszelkie doniesienia, to po tym jak zasiadłam do rozgrywki, bardzo szybko się zniechęciłam i schowałam pudełko z grą w najciemniejszy zakątek pokoju, gdzie śliczną okładkę podziwiać mogły tylko pająki. Warhorse Studios nie porzuciło jednak swojej produkcji i ciężko pracowało nad zlikwidowaniem wad, wsłuchując się uważnie w uwagi graczy. W efekcie doprowadzono ją do niemal mistrzowskiego poziomu. Jeśli opinie sprzed dwóch lat odstraszyły Was od tego tytułu, to pozwólcie, że powiem, dlaczego warto dać mu teraz szansę.



Kingdom Come: Deliverance jest grą RPG. Na pierwszy rzut oka wygląda jakby Bethesda zrobiła Wiedźmina, szybko jednak pozbawia nas wszystkich wygód, które zazwyczaj uważamy za oczywiste. W Wiedźminie czy Skyrimie od początku jesteśmy zdolnym wojownikiem. Chociaż w pierwszych starciach napotykamy przeciwników potężniejszych od nas, po kilku godzinach szlifowania umiejętności mało kto może nam podskoczyć. W Kingdome Come całe moje typowe „growe” myślenie już w prologu było sprytnie kwestionowane, a ja zostałam zmuszona do wymyślania i obierania nieoczywistych rozwiązań i ścieżek. Uciekać zamiast walczyć? Przecież to nie po rycersku…

Ale Kingdom Come nie jest historią o rycerzu. A przynajmniej na początku nim nie jesteśmy. Główny bohater, Henryk, jest synem kowala. Niepiśmiennym chłopem, który spędził więcej czasu rzucając odchodami w domy sąsiadów niż ucząc się pożytecznych rzeczy mogących zrobić z niego wartościowego człowieka. Akcja rozgrywa się w 1403 roku, podczas wojny w Czechach, a cała opowieść to historia zemsty za śmierć naszych (czyli Henryka) rodziców. Zginęli, gdy ich rodzinna wioska została zrównana z ziemią przez armię dowodzoną przez króla-agresora, Zygmunta. 




Aspekt historyczny
jest ważną częścią gry. Będziemy świadkami wielu autentycznych wydarzeń oraz spotkamy postaci znane z książek historycznych. Fakty są sprawnie wplecione w fabułę, dzięki czemu bardzo łatwo jest wsiąknąć w świat Bohemii. A w razie jakichkolwiek wątpliwości zawsze można zwrócić się do rewelacyjnie zaprojektowanej encyklopedii pełnej pojęć i wskazówek – od zawiłych aspektów politycznych po działanie wychodków. Notatki do Kodeksu pozyskujemy sami – czasem wystarczy podsłuchać rozmowę strażników lub przejechać konno przez jakąś wieś, aby uzyskać pełny wpis o wydarzeniach, które miały tam miejsce.


I, oczywiście, w przeciwieństwie do większości RPG-ów nie ma żadnej magii. To jest Europa Środkowa w roku Pańskim 1400 – miejsce tak religijne, że „Bóg z Tobą” jest potocznym określeniem „Witaj”. Zacznij gadać o zaklęciach i czarodziejach, a spłoniesz na stosie. Również świat gry jest jak najbardziej autentyczny, pozbawiony skrajnych, wymyślonych miejsc jak lodowe czy pustynne krainy.



Lokacje, a szczególnie łąki i lasy, są tak piękne i różnorodne, że podróżuje się po nich z zapartym tchem. Wszystko przemyślane jest w najdrobniejszych szczegółach: na łąkach są wydeptane ścieżki, podczas deszczu drogi zapełniają się kałużami, a otoczenie wydaje się naprawdę żyć. Tę samą szczegółowość dojrzymy również w terenach zabudowanych. Wiejskie domy pokryte strzechą są ciemne i przytulne, natomiast w bardziej kosmopolitycznych rejonach znajdziemy wielopiętrowe budynki z barwionymi fasadami. Wejście do małego, wiejskiego kościółka, gdzie migoczące światło świec nasyca bogate faktury murali boską poświatą, wygląda tak uspokajająco, że można się nawrócić.


To absolutnie cudowny świat, pełen tak wielu szczegółów i obszarów do zwiedzania, że godzinami możemy jeździć po okolicy i nadal będziemy napotykać nowe jaskinie, ruiny lub inne ciekawe miejsca. Istny raj eksploratora. Nawet „szybka podróż” jest pełna niebezpieczeństw i trzeba cały czas obserwować, jak mały pionek ślizga się po przepięknej, ręcznie narysowanej mapie, podatny na przypadkowe spotkania i starcia.




Ale nie tylko grafika robi wrażenie; mechanika gry również. Kingdom Come jest przepełniony skomplikowanymi systemami, których opanowanie może zająć wiele godzin. Jeśli jednak nie poświęcimy im wystarczającej ilości czasu, w pewnym momencie natrafimy na ścianę, której nie zdołamy ominąć. Henryk jest zmęczony, Henryk jest głodny. Trzeba więc pamiętać o spaniu, bo inaczej nasz bohater zemdleje, i o jedzeniu, bez którego po prostu umrze z głodu, potencjalnie zabijając również godziny naszego postępu. A posiłkiem nie może być byle spleśniała bułka, stare mięso czy nieznany gatunek grzyba. Takie rarytasy w najlepszym wypadku przysporzą nam mdłości. Bólem brzucha i osłabieniem zapłacimy również za obżarstwo. Trzeba więc być bardzo rozważnym i pomimo że z początku takie akcje mogą się wydawać zbędnymi „przeszkadzaczami”, z czasem wchodzą w krew i stają się nieodzownym elementem rozgrywki, czyniąc z niej prawdziwą grę survivalową.



Henryk na początku jest idiotą. Nie umie prawie nic. Rozwój postaci następuje przez działanie, dlatego trzeba wykonywać dużo prostych akcji. Henryk nie potrafi czytać, zatem pierwsze książki, jakie weźmiemy do ręki, będą pełne poprzestawianych i odwróconych do góry nogami liter. Nigdy wcześniej też nie musiał walczyć, co oznacza, że jest całkowicie pozbawiony umiejętności bojowych. Na początku zabawy musimy więc kombinować, próbować „zagadać” przeciwnika, albo po prostu ratować się ucieczką. System walki wręcz jest tu niezwykle trudny do opanowania. Trzeba celować w określone strefy na ciele wroga z doskonałym wyczuciem czasu, aby połączyć ruchy w kombinacje. Nauka walki jest jednak tak satysfakcjonująca, że gdy pierwszy raz uda nam się wreszcie kogoś zaszlachtować – pękamy z dumy. Wszelkie umiejętności manualne mają na celu niezwykle realistyczne odtworzenie prawdziwej czynności. Na przykład aby naostrzyć miecz, klingę należy opuścić do wirującego kamienia szlifierskiego pod idealnym kątem, nie zapominając przy tym o rytmicznym naciskaniu przycisku, aby kamień się obracał. Dużo nerwów kosztowało mnie również otwieranie zamków. Praktycznie niewykonalne na padzie, jest jednak troszkę łatwiejsze przy użyciu myszy i klawiatury.



Zadania często wymagają dogłębnej pracy detektywistycznej, spotkania bojowe są przerażające, a noce są tak ciemne, że bez pochodni można złamać nogę (absolutnie nie polecam również skoków z drabin czy murków). Aby przeżyć, należy nauczyć się zasad panujących w otaczającej nas rzeczywistości. Jeśli zdecydujemy się na kradzież, a później będziemy chcieli sprzedać naszą zdobycz, musimy znaleźć odpowiedniego kupca. A słowo odpowiedniego odnosi się do cichego cinkciarza, bo każdy przestrzegający prawa sklepikarz po prostu na nas doniesie. Obiecując komuś pomoc – dotrzymujmy słowa. I to bez zbędnej zwłoki. Jeśli rozpoczniemy zadanie, ale po drodze wstąpimy sobie na piwko lub pojedziemy trochę dłuższą trasą, zamiast wdzięczności i nagrody możemy nasłuchać się o naszym opieszalstwie czy wręcz lenistwie, a dalszy postęp w danej linii zadań może się bezpowrotnie zamknąć.


 
Zaskakująco duży wpływ na stosunek innych ludzi do nas ma również nasz strój i higiena. Ubrudzony błotem kaftan nic a nic nie pomaga w negocjacjach. Wyciągnięcie zakrwawionego miecza może jednak sprawić, że napastnik zastanowi się dwa razy zanim nas zaatakuje. Nie jest to jednak świat stworzony, aby gracz mógł się czuć się jak bohater, chociaż realizacja nawet najprostszych zadań daje dużo satysfakcji z wykonanej pracy (bardzo miło wspominam rozkopywanie grobów dla łupów). Gra nie podpowiada, co jest dobre, a co złe, zostawia z naszymi decyzjami i wszelkimi ich konsekwencjami.


Pomimo że nadal nie jest to produkt całkowicie doskonały, Kingdom Come: Deliverance oferuje tak dużo, że nie sposób nie uznać jego wspaniałości. A ja specjalnie nie wspominam o konkretnych zadaniach czy odkryciach, aby nie psuć radości wymyślania nieoczywistych rozwiązań. W trakcie rozgrywki nadal napotkamy bugi czy problemy z teksturami, jednak są one okazjonalne i zdarzają się głównie w mocno zaludnionych obszarach, ponieważ silnik gry ma problemy z oddaniem niektórych szczegółowych środowisk. Wynika to prawdopodobnie z braku doświadczenia zespołu w optymalizacji silników konsol, jak również z faktu, że systemy po prostu nie mogą obsługiwać gry, która została wyraźnie zaprojektowana na PC. Ścieżka dźwiękowa w grze jest bardzo dobra, chociaż nieszczególnie zapadła mi w pamięć. Aktorzy podkładający głosy zostali dobrani tak, że w tym momencie nie wyobrażam sobie, aby Henryk brzmiał inaczej. W polskiej wersji językowej dostępne są jedynie napisy.


Cała rozgrywka oficjalnie powinna zająć około pięćdziesięciu godzin. W moim przypadku byłby to jednak speed run. Poza podstawową wersją, studio wypuściło na rynek również dodatki fabularne: From the Ashes, The Amorous Adventures of Bold Sir Hans Capon, Band of Bastards, A Woman’s Lot. Jeden z nich nasi południowi sąsiedzi promowali nawet na swoim Twitterze w formie mema z nieśmiertelnym Frankiem Dolasem – głównym bohaterem kultowej polskiej komedii Jak rozpętałem drugą wojnę światową.


W czerwcu tego roku Kingdom Come: Deliverance osiągnęło nowy kamień milowy w sprzedaży. Deweloper ujawnił, że od momentu wypuszczenia gry na rynek na początku 2018 roku sprzedano ponad trzy miliony egzemplarzy. I warto pamiętać, że do wyniku nie wliczano bezpłatnych kopii dostępnych czasowo w Epic Games Store i dołączonych do Xbox Game Pass.



Wymagania sprzętowe PC:

Minimalne:
System operacyjny: Windows 7, 8.1 (64-bit)
Procesor: Intel Core i5-2500K 3,3 GHz, AMD Phenom II X4 940
Karta graficzna: Nvidia GeForce GTX 660, AMD Radeon HD 7870
Pamięć RAM: 6 GB
Miejsce na HDD: 30 GB

Rekomendowane:
System operacyjny: Windows 7, 8.1 (64-bit)
Procesor: Intel Core i7 3770 3,4 GHz, AMD FX-8350 4 GHz
Karta graficzna: Nvidia GeForce GTX 1060, AMD Radeon RX 580
Pamięć RAM: 12 GB
Miejsce na HDD: 30 GB


Gra wyszła również na konsole PlayStation 4 oraz Xbox One.

Kingdom Come: Deliverance to niesamowita przygoda i chociaż za pierwszym razem się od niej odbiłam, jestem bardzo szczęśliwa, że dałam jej drugą szansę. Mam nadzieję, że i Wam da wiele satysfakcji.

Autorka: Maja Usagi




1 komentarz:

  1. No i mam kolejną grę, w którą chciałabym zagrać. Kurczę, lista rośnie :D Ale Czechy na przełomie wieków brzmią naprawdę fascynująco!

    OdpowiedzUsuń